Moja własna historia

Gorąca Krew - to opowieść o pięknej, średniowiecznej wampirzycy i o jej
walce ze złą stroną swojej natury. Czy można pokonać zło, tak głęboko
zakorzenione w pragnieniu picia ludzkiej krwi?
Jeśli chcesz przeczytać tę historię od początku, zapraszam na
goraca-krew.blog.onet.pl - poprzednie rozdziały. Dla ułatwienia, po prawej
stronie w menu jest spis poprzednich części. Zapraszam serdecznie:)
Moi Drodzy Czytelnicy!
Serdecznie zapraszam na kolejny rozdział Gorącej Krwi. Następny, XXII rozdział
nosi tytuł: Rytuał. Pozdrawiam i zapraszam do komentowania:)

Nowy blog o czarownicach

Nowy blog o czarownicach
Zapraszam również na Szczyptę magii, bloga, którego prowadzę wspólnie z
Iarą. Co tam znajdziecie?
-> irlandzkie miasteczko czarownic ukryte przed światem
-> dwie młode czarownice, same w wielkich, nieznanych im miastach
-> łowcę, który poluje na jedną z nich
-> płatnego zabójcę, tropiącego drugą
-> dzielne koty
-> i oczywiście szczyptę magii:)
Zajrzyjcie na ciunas-story.blogspot.com :D

Uwaga

Instrukcja do wstawiania komentarzy - dla Anonimów
W polu "Komentarz jako" wybierz: "Nazwa/adres URL", w nazwie wpisz swój
nick, a w adresie - jeśli masz bloga, wpisz adres, jeśli nie, zostaw to pole puste
i kliknij "dalej":) Dziękuję i pozdrawiam;)

25.08.2017

Rozdział XXI - Uwięzieni

   - Josiane? Zabrzmiało to niepokojąco – stwierdziła Karolina. - Czyżby zaklęcie miało skutki uboczne?
   - Niestety – odparłam. - Wiedzieliśmy, że Ianirze może zaszkodzić to, co zrobiła z nią wiedźma, jednak przybyliśmy za późno. Sasza zdołał nas powstrzymać i nie udało nam się zatrzymać magii, która została rzucona na moją przyjaciółkę.
   - Ale chyba dusza Josiane nie przejęła ciała Ianiry? - zaniepokoiła się dziewczyna.
   - Dusza? - Pokręciłam głową. - Nie, Josiane umarła. To jej magia wciąż żyła...


   Przez chwilę nastała cisza.
   - Ianira...? - Juan wziął ją za rękę. Spojrzała na niego i zamrugała.
   - Och. To było takie... dziwne. Przez chwilę tak się czułam, jakbym... - Pokręciła głową. - Mam jej wspomnienia. Josiane. I czuję, jakby należały do mnie, choć wiem, że tak nie jest...
   - Co ta wiedźma jej zrobiła?! - warknął Juan do Saszy i Mariki. Wampirzyca cofnęła się i pokręciła bezradnie głową. Juan znalazł się błyskawicznie przy Saszy i pchnął na ścianę. - Jak to odwrócić?
   - To pewnie chwilowe – mruknął Sasza, starając się wyminąć Juana. - Minie. Póki co, musimy się stąd wydostać. Jeśli łowców jest tylko kilku, pewnie poczekają do świtu, ale jeśli to duża grupa, mogą zaatakować w każdej chwili.
   - Chodźmy – zadecydowałam. Juan po chwili wahania wrócił do Ianiry i wziął ją za rękę. Ja chwyciłam za jej drugą dłoń i pociągnęłam ich w stronę tunelu. Przepuściłam Marikę, by wskazała nam drogę, ale Saszę zostawiliśmy na końcu.
   Tunel się zwężał, po chwili mieścił tylko jedną osobę. Początkowo biegł w dół, w końcu wyszliśmy w dużym pokoju z łóżkiem, szafką i kilkoma krzesłami. Na łóżku niedbale walała się pościel.
   - Tu leżał Grisza podczas klątwy – powiedziała nam Ianira, gdy przechodziliśmy obok. Marika otworzyła kolejne drzwi i wyszła, podążyliśmy za nią.
   - Jak już się stąd wydostaniemy, zabiję ich – mruknął Juan. - Wszystkich. Braci, wiedźmę i nawet tę małą oszustkę. Wtedy nie będzie miał kto się mścić.
   - Ich matkę też zabijesz? - Ianira zerknęła na niego przez ramię. - To całkiem miła staruszka. Było mi jej trochę szkoda – przyznała. - Widzieć swojego najmłodszego syna w takim stanie... A starsi wrócili z wojny praktycznie martwi.
   - I ta właśnie staruszka uczestniczyła w porwaniu, przetrzymywała cię i nie miała zamiaru cię uwolnić, prawda? A przynajmniej do czasu, aż zdejmiesz klątwę – zauważył Juan.
   - No... tak – przyznała Ianira. - Ale patrząc na to z jej perspektywy, chodziło o życie jej dziecka...
   Marika weszła do kolejnego pomieszczenia, tym razem służącego jako przejście, gdyż było całkiem puste. Otworzyła drzwi na zewnątrz i krzyknęła. Odskoczyła do tyłu. W ramieniu miała grot.
   - Marika! - Sasza wyminął nas i pospiesznie odciągnął podopieczną na bok. Szybko stanęliśmy pod najbliższą ścianą, obserwując wyjście.
   - Otoczyli nas – jęknęła wampirzyca i syknęła, gdy opiekun wyrwał jej drewno z ramienia.
   - Na szczęście, niezbyt dobrze celują – stwierdził.
   - Czy jest stąd jakieś inne wyjście? - zapytałam.
   - Tunel ma jeszcze trzy, ale jedno jest zasypane. Drugie prowadzi do kościoła, a trzecie na cmentarz – odparł Sasza. Spojrzałam na niego. Był jeszcze trochę posiniaczony po tym, jak Juan wyładował na nim swoją złość, ale wydawało mi się, że właśnie taki był plan. Poświęcił się, by Ianira zdążyła zdjąć klątwę. Pomyślałam, że jeśli jedynym efektem ubocznym będą wspomnienia tej Josiane, to może nie będzie tak źle.
   O ile zdołamy uciec łowcom. Skoro nas zaatakowali, najprawdopodobniej otoczyli nas większą grupą. Nie mogliśmy z nimi walczyć na ślepo. Wampiry, które rzucały się na grupy łowców, nigdy nie kończyły dobrze.
   - Tunel z tego domu łączy się z kościołem i cmentarzem? - zdziwiłam się. - Łowcy mogą o tym wiedzieć?
   - Skoro wiedzą o tym przejściu, to możliwe – stwierdziła ponuro Marika.
   - Mam pomysł. - Spojrzałam na nich po kolei. - Wyjdę tunelem do kościoła i odciągnę łowców, a wy w tym czasie uciekniecie przez cmentarz.
   Juan i Ianira nie wydawali się zachwyceni moją propozycją.
   - To kiepski pomysł – stwierdził Hiszpan. - Jak niby chcesz ich odciągnąć? Możesz zginąć. Ja pójdę...
   - Tylko ja mogę wchodzić do kościoła – zwróciłam mu uwagę. - Nie dam się przecież zabić, nie będę ich atakować. Będę ostrożna, obiecuję. To którędy do tego kościoła? - zerknęłam pytająco na Saszę i Marikę.
   - Nie. Trzymajmy się razem. - Juan stanął przede mną.
   - Juan ma rację – poparła go Ianira. - Znajdziemy inny sposób...
   - Nie możemy tu zostać do świtu – mruknął Sasza. - Znajdą nas w tych tunelach, gdy tylko zapadniemy w letarg i zabiją.
   - Więc może to ty wyjdziesz głównym wyjściem i odwrócisz ich uwagę? - warknął Juan. - I tak po wszystkim cię zabiję, a tak, umierając, zrobisz przynajmniej na koniec coś pożytecznego.
   Ianira położyła dłoń na jego ramieniu.
   - Zamiast się kłócić, pomyślmy, jak się stąd wydostać.
   - Jest tylko jeden sposób, prawda? - Spojrzałam na Saszę i Marikę. - Nie ma czasu, wkrótce świt. Pójdę tam. Nic mi nie będzie.
   Po chwili dyskusji i protestów ze strony moich przyjaciół, wyruszyłam w stronę kościoła. Marika opisała mi drogę, zatem kierowałam się jej wskazówkami. W końcu korytarz poprowadził mnie w górę i zatrzymałam się pod dużą, okrągłą klapą.
   Była ciężka, z pewnością za ciężka dla człowieka, ale mi udało się ją podnieść. Podciągnęłam się i wyszłam na górę. Znalazłam się w bocznej nawie kościoła, który o tej porze na szczęście był całkiem pusty. Zamknęłam klapę, poprawiłam dywanik i rozejrzałam się dookoła. Byłam w cerkwi. Ściany pokryte były freskami, wisiały na nich również piękne, wyraźne ikony. Zerknęłam na nie przelotnie i ruszyłam w stronę przedsionka.
   Drzwi były zamknięte, ale otworzyłam je bez problemu. Na zewnątrz nie było żadnego łowcy; oznaczało to, że nie przewidzieli, by wampir mógł wchodzić do kościoła. Pobiegłam w stronę cmentarza, zgodnie ze wskazówkami Mariki.
   Zatrzymałam się, wyczuwając łowców. Kryjąc się za drzewami otaczającymi cmentarz, w końcu byłam na tyle blisko, że dostrzegłam jednego z nich. Stał i rozglądał się dookoła. Nie widziałam, ilu ich jest, na pewno nie mniej niż dziesięciu. Pozostali zapewne pilnowali innych wyjść. Odetchnęłam i uznałam, że nadeszła pora, by umożliwić ucieczkę moim przyjaciołom. Oczywiście nie mogłam po prostu wyjść i krzyknąć: hej, tu jestem, gońcie mnie! Musiałam odwrócić ich uwagę. Rozejrzałam się i dostrzegłam, że łowca ma przy sobie linę zwiniętą u pasa. Doskonale. Mogłam teraz użyć tego, czego nauczył mnie Inyan.
   Skoczyłam na mężczyznę. Przewrócił się i przeturlał, ale w kilka sekund unieruchomiłam go i spętałam liną. Ręce i nogi. Odcięłam sztyletem pozostałą część sznura. Łowca krzyknął coś, alarmując pozostałych. Zerwałam się natychmiast.
   Ukryłam się za drzewami, bliżej cmentarza i przepuściłam kilku łowców, dopadłam ostatniego i spętałam go, podobnie jak pierwszego. Kiedy nadbiegli kolejni, już mnie tam nie było.
   Tym razem oddaliłam się od cmentarza i pozwoliłam, by jeden z nich mnie zobaczył.
   - Tam! - zawołał. Łowcy ruszyli w moją stronę, strzelając z kusz. Słyszałam kroki wielu osób, nie sądziłam, by ktoś jeszcze pozostał na cmentarzu, a nawet jeśli, Juan i pozostali bez problemu sobie z nimi poradzą.
   Poczułam, jak jeden z bełtów ociera się o moje ramię. Przyspieszyłam. Wciąż za mną biegli, wiedziałam, że muszę odciągnąć ich jak najdalej. Byłam na tyle blisko, by mnie widzieli i jednocześnie na tyle daleko, by nie trafili mnie z kuszy. Obejrzałam się, widziałam kilka postaci biegnących najbliżej. Dobrze. Bardzo dobrze. Juan i Ianira powinni już się wydostać. Kiedy kolejny bełt trafił mnie w nogę, uznałam, że za długo zwlekałam z ucieczką. Wyrwałam go i skryłam się za najbliższym drzewem. Las się kończył, za chwilę miałam wpaść między budynki. Tam ich zgubię. Potrzebowałam tylko chwili, by móc pobiec dalej.
   Okazało się, że nie miałam tej chwili.
   Poczułam, jak coś opada na mnie z góry. Krzyknęłam i rzuciłam się do przodu, ale upadłam. Zaplątałam się w jakąś siatkę. Czułam, jak coś ciągnie mnie po ziemi. Usłyszałam stukot kopyt. Dlaczego nie wyczułam łowców na koniach?! Warknęłam, zła na siebie.
   Zastawili pułapkę na drzewie, a ja w nią wpadłam. Zapewne było ich więcej. Powinnam biec szybciej, bardziej uważać. Zacisnęłam zęby i udało mi się odwrócić na plecy, które ocierały się teraz boleśnie o ziemię. Nie miałam szans się uwolnić, zaplątana w siatkę, ciągnięta po ziemi przez konia. Mogłam tylko czekać, aż się zatrzymamy i być gotowa na ucieczkę.
   W końcu się doczekałam. Ktoś ściągnął siatkę z moich rąk i natychmiast zatrzasnął na nich kajdany. Jęknęłam i uniosłam głowę.
   Naprzeciwko mnie stało kilku łowców, celując we mnie z kusz. Jeden z nich zabrał siatkę. Rozejrzałam się, byliśmy w ruinach jakiegoś domu, otaczały mnie trzy ściany dużego budynku o niekompletnym suficie. Księżyc i gwieździste niebo rozjaśniało postaci łowców. Dodatkowo, na ścianach budynku zawieszone były lampy. Dokąd mnie zabrali? Jechaliśmy dość krótko, zatem nie mogliśmy być daleko Donu. Wytężyłam słuch, ale nie doszedł do mnie szum rzeki.
   - Gdzie pozostali? Nie przyjdą, by cię uratować? - usłyszałam. Spomiędzy łowców wyszedł ich przywódca. Nietrudno było poznać, że on tu rządzi. Zrobili mu miejsce i co chwila zerkali na niego. Był wysoki, dobrze zbudowany, miał krótkie, ciemne włosy i brodę. - Powiedz, gdzie pozostałe wampiry, a umrzesz szybką i najmniej bolesną śmiercią.
   - To raczej marna zachęta do współpracy – mruknęłam. - Czekam na kolejne propozycje. - Zerknęłam na kajdany przymocowane do ściany. Jeśli je zerwę, zastrzelą mnie. Musiałam wymyślić coś innego. I to szybko.
   Mężczyzna przyglądał mi się przez chwilę.
   - Przyznam, że to miła odmiana, zamiast miotać się i warczeć, postanowiłaś rozmawiać. To dobry początek.
   - A co ja jestem, dzikie zwierzę? - Uniosłam brwi. Pokręcił głową.
   - Wampir. A to niewielka różnica. Zapytam po raz kolejny: gdzie są pozostali?
   - Uciekli. - Wzruszyłam ramionami.
   - Dokąd?
   - Przed siebie.
   - Hm. - Pokiwał głową. - Nie chcesz ich wydać? Cóż, nie spodziewałem się, że pójdzie tak łatwo. Ale mam coś, co cię zachęci. - Skinął na jednego z łowców, który podał mu kubełek z wodą. Przywódca łowców minął mnie i zatrzymał się kawałek dalej. Dopiero teraz spostrzegłam, że jest tam ktoś jeszcze. Przykuty tak jak ja, z tą różnicą, że do jedynego kawałka sufitu, zatem musiał stać, a raczej wisieć na swoich kajdanach. Dodatkowo miał nogi przykute do ziemi. Kiedy przywódca podszedł, mężczyzna podniósł głowę.
   Był wampirem. Miał długie do ramion, poplątane włosy, a jego twarz wyglądała okropnie. Cała poparzona, bardzo głęboko, podobnie jak ręce. Gdy przywódca chlusnął wodą z kubełka, wampir syknął, szarpiąc się w kajdanach i zawarczał. Patrzyłam na to z przerażeniem. Wiedziałam, co zostawia takie blizny.
   - Woda święcona! Torturujesz go! - zawołałam. - Nie jesteście łowcami, którzy bronią ludzi przed wampirami. Jesteście nieludzkimi sadystami.
   - Ten wampir zasłużył na coś o wiele gorszego – odparł spokojnie mężczyzna. Jeden z łowców podał mu kolejny kubek. Podszedł do mnie, ale byłam pewna, że na tyle daleko, bym nie mogła go dosięgnąć, gdybym postanowiła go zaatakować. - A teraz twoja kolej. Możesz sobie tego oszczędzić. Powiedz, gdzie znajdę pozostałe wampiry.
   Przewróciłam oczami.
   - Zawsze to samo. No dalej, śmiało. Polej mnie. W zasadzie to przydałaby mi się kąpiel.
   Łowca uniósł brwi i wylał wodę na moją rękę.
   Patrzyłam obojętnie, jak chłodne krople spływają po mojej skórze, nie robiąc mi krzywdy. Przywódca łowców zmarszczył brwi i sięgnął po kolejny kubełek. Tym razem chlusnął mi ją w twarz.
   Westchnęłam, czując, jak mokre kosmyki przyklejają mi się do twarzy. Na szczęście nie zasłaniały oczu. Ręce miałam tak ściśle skute, że trudno byłoby mi je odgarnąć. Uniosłam brwi.
   - Już? Wystarczy? Czy nadal nie możesz uwierzyć, że na mnie to nie zadziała?
   - Kim jesteś?Albo... czym? - W jego głosie słychać było zdumienie.
   Potrząsnęłam głową.
   - A nie można było od tego zacząć? Jestem Amanda Derbyshire i nie piję ludzkiej krwi. Wyłącznie zwierzęcą. Noszę krzyżyk na szyi, nie boję się święconej wody. Nie zabijam ludzi, zatem nie macie powodu, by mnie krzywdzić.
   - Bzdura. - Łowca zmierzył mnie wzrokiem, po czym wziął kuszę od jednego ze swoich ludzi i powoli podszedł bliżej. Sięgnął mi do pasa, cały czas celując w moje serce. Wyciągnął mój sztylet i cofnął się na bezpieczną odległość. - A to co? - Obejrzał go dokładnie. - Sztylet łowcy! Skąd go masz?
   - Od mojego męża, Nicolasa Derbyshire. Był łowcą. Zabijał tylko złe wampiry, mordujące niewinnych ludzi.
   - Jak tamten. - Przywódca zerknął na poparzonego wampira, który wpatrywał się teraz we mnie.
   - Zabijał, nie torturował – zwróciłam uwagę. - Czy on cię skrzywdził? Zabił kogoś ci bliskiego? To twoja zemsta?
   - Zabił wielu dobrych ludzi – odparł mężczyzna. - I nie chce wydać pozostałych krwiopijców. Tak jak ty. A skoro zbliża się świt, możemy sprawdzić, czy słońce również na ciebie nie działa.
   - Oszczędzę ci czasu i od razu powiem, że działa – mruknęłam. - Po prostu mnie wypuść. A ja sobie pójdę i więcej się nie zobaczymy. Przecież nic ci nie zrobiłam. Jak już mówiłam, nie zabijam ludzi.
   - Cóż, jeśli mówisz prawdę, jestem gotowy cię wypuścić – stwierdził przywódca po namyśle. Pozostali łowcy spojrzeli na niego niepewnie, ale żaden nie zaprotestował. - Pod warunkiem, że wskażesz mi, gdzie spędzają dzień inne wampiry.
   - Żebyś mógł je torturować? - Pokręciłam głową. - Wiesz, co? Nie boję się śmierci. I tak żyłam już wystarczająco długo, przeżyłam wspaniałe i straszne chwile, kochałam, byłam kochana, znalazłam swoją drogę, a teraz pomogłam mojego przyjacielowi odnaleźć ukochaną żonę. Jeśli muszę dla nich umrzeć, trudno. - Spojrzałam na niego. - A tak w ogóle, to mógłbyś się chociaż przedstawić. Ja się przedstawiłam.
   - Byś mogła wiedzieć, kto cię zabije? - Prychnął. - Jestem Stiepan Rohow. - Przyglądał mi się przez chwilę. - Masz pół godziny do wschodu. Potem zginiesz. A póki co, chyba pora pozbyć się niepotrzebnego balastu. - Uniósł kuszę i wycelował w poparzonego wampira, który przez cały czas patrzył na mnie. Miał błękitne oczy.
   Poczułam smutek. Co bym nie zrobiła, oni i tak go zabiją. A potem mnie. Nie mogłam mu pomóc.
   A może mogłam...?
   - Nie czuj bólu – powiedziałam cicho, patrząc mu w oczy. Użyłam całej swojej mocy. Ujrzałam jego zdumienie, a potem... czyżby ulgę?
   - Arina Malkov – szepnął tak cicho, że tylko ja usłyszałam. - Mój naszyjnik. Daj go jej.
   Miałam nadzieję, że nic nie poczuł, gdy bełt przebił mu serce. Jeśli moja moc zadziałała, nie czuł ani poparzeń, ani rozpadającego się ciała. A potem po prostu go nie było.
   Poczułam, jak z oczu płyną mi krwawe łzy. Nie znałam go, ale nie wyglądał na okrutnego sadystę, poza tym nikt nie powinien tak cierpieć. Rohow opuścił kuszę i popatrzył na mnie.
   - A teraz pora spłonąć, wampirzyco.