Moja własna historia

Gorąca Krew - to opowieść o pięknej, średniowiecznej wampirzycy i o jej
walce ze złą stroną swojej natury. Czy można pokonać zło, tak głęboko
zakorzenione w pragnieniu picia ludzkiej krwi?
Jeśli chcesz przeczytać tę historię od początku, zapraszam na
goraca-krew.blog.onet.pl - poprzednie rozdziały. Dla ułatwienia, po prawej
stronie w menu jest spis poprzednich części. Zapraszam serdecznie:)
UWAGA, UWAGA!
Mam dla Was (dobrą?) wiadomość. Rozdziały będą pojawiać się częściej, co 2-3
tygodnie, ponieważ mam teraz troszkę więcej czasu, a w tym tempie skończenie
powieści zajęłoby mi kolejne kilka lat:P Natomiast pod koniec marca szykuje się
dłuższa przerwa.
Zapraszam na ostatni rozdział XI części. W kolejnej Amanda przeżyje obie wojny
światowe, pozna kogoś wyjątkowego, pojawią się też znani nam już wcześniej
bohaterowie. Mam nadzieję, że zostaniecie ze mną i będziecie komentować,
ponieważ Wasze komentarze są dla mnie największą motywacją.
Pierwszy rozdział XII części (WOJNY ŚWIATOWE) pt. Misza, ukaże się 29.01-5.02.
Pozdrawiam serdecznie:)

Uwaga

Instrukcja do wstawiania komentarzy - dla Anonimów
W polu "Komentarz jako" wybierz: "Nazwa/adres URL", w nazwie wpisz swój
nick, a w adresie - jeśli masz bloga, wpisz adres, jeśli nie, zostaw to pole puste
i kliknij "dalej":) Dziękuję i pozdrawiam;)

15.01.2018

Rozdział XXV - Ponowna podróż

   Tym razem opowieść przerwało wejście mojego męża, który oznajmił, że kolacja jest już gotowa. Podczas posiłku podzielił się z nami wrażeniami ze swojej podróży. Cieszyłam się, że wrócił i że znów jest przy mnie.
   Po kolacji przytulił mnie jeszcze i poszedł porozmawiać z Amy, a ja z Karoliną wróciłyśmy do mojego pokoju, by kontynuować historię mojego życia.
   - Powiedziałaś, że Cruel wyrwał serce Rosjaninowi, ale nie wyjaśniłaś, któremu – zwróciła mi uwagę Karolina. Skinęłam głową.
   - Tak, faktycznie, zarówno Misza, jak i Oleg byli Rosjanami. Niestety, udało mi się uratować tylko jednego z nich...


   Rozległ się głośny krzyk Miszy. Zacisnęłam zęby, powstrzymując się przed rzuceniem na Cruela. Tak na pewno nie pomogłabym przyjacielowi.
   - No i proszę, wybrałem za ciebie. - Cornelius uśmiechnął się zadowolony i podał serce Róży. Ta natychmiast zatopiła w nim kły. - A co do tego drugiego... wiesz, że nie wypuszczam swoich ofiar tak po prostu. Zatem... będziesz mi winna przysługę, gorącokrwista Amando.
   - Zgoda – odparłam bez wahania. W zasadzie i tak nie miałam innego wyjścia.
   - Oleg... - Misza patrzył z przerażeniem na bezwładne ciało przyjaciela.
   - Już mu nie pomożemy. - Podeszłam i rozerwałam łańcuchy, którymi był przykuty. Nie miałam zamiaru prosić wampiry o klucz. - Chodź, bo jeszcze zmienią zdanie. - Przytrzymałam go w pasie i pociągnęłam do drzwi.
   - Nie zapomnieliście o czymś? - Władca skinął na strażnika, który zawiązał czarną opaskę na oczach Miszy. Dodatkowo, dwa wampiry podążyły za nami.
   Pół godziny później byliśmy już poza obszarem pałacu. Zdjęłam opaskę Miszy i ruszyliśmy w stronę najbliższego miasteczka. Zatrzymaliśmy się i zerwałam mu kajdany, które wciąż miał na nadgarstkach. Potem udało mi się wynająć dorożkę. Rosjanin podał adres i zajął miejsce, a ja obok niego. Miałam zamiar dopilnować, by wrócił bezpiecznie do domu.
   - Jesteś jedną z nich, prawda? - To były pierwsze słowa, jakie wypowiedział, odkąd wyszliśmy z pałacu. Wyglądał na wstrząśniętego tym, co przed chwilą przeżył.
   - Tak, jestem wampirzycą, ale nie piję ludzkiej krwi – wyjaśniłam. Patrzył na mnie w zamyśleniu.
   - To przeze mnie Oleg zginął – odezwał się cicho. - To ja wyciągnąłem go z domu późnym wieczorem. Gdybyśmy zostali w domach...
   - Nie wiedziałeś i nic nie mogłeś na to poradzić – odpowiedziałam. Zacisnął pięści i patrzył przez chwilę w okno.
   - Zabiję go. Tego przeklętego wampira i jego wampirzą kobietę.
   - Wierz mi, nawet wampirowi trudno go zabić, a człowiekowi? - Pokręciłam głową. - Sama raz próbowałam i co? Nadal żyje.
   - Nie pójdę tam sam. Powiedz mi tylko, jak tam trafić? Szliśmy przez las?
   Pokręciłam głową.
   - Nie mogę ci powiedzieć. Choćby dlatego, że skończyłoby się to twoją śmiercią, a nie po to cię dziś ocaliłam, byś i tak zginął.
   - W takim razie zmień mnie w wampira. - Spojrzał na mnie błagalnie. - Będę miał większe szanse. Nie zostawię tego. On musi zginąć! Wyrwał serce mojemu przyjacielowi, trzyma ludzi jak bydło na rzeź i napawa się ich strachem!
   Westchnęłam. Jak miałam mu wytłumaczyć, że to nie miało sensu?
   - Misza, świat jest pełen wampirów. Niektórzy, tak jak ja, wybrali krew zwierząt. Inni, tak jak moi przyjaciele, zabijają tylko złych ludzi, czyli morderców, gwałcicieli i najgorszych łotrów. Ale na świecie jest mnóstwo wampirów, które będą zabijać niewinnych ludzi. Stając się jednym z nas, niczego nie zmienisz. Nawet gdyby udało ci się go zabić, ktoś inny przejąłby władzę. Może nawet ktoś gorszy. Gdyby chodziło o przeciętnego wampira, to co innego. Ale to Cornelius Cruel. Wampirzy władca Rosji. W najlepszym razie zginąłbyś, przebity kołkiem. W najgorszym, umierał przez wiele, wiele lat, usychając z pragnienia krwi, zamknięty w trumnie śmierci.
   - A zatem mi nie pomożesz? - Rosjanin zacisnął zęby.
   - W zamachu na władcę? Przykro mi, ale nie mogę. Wiem, że niełatwo jest odpuścić zemstę, sama tego doświadczyłam, lecz czasami to najlepsze wyjście. Póki nie jesteś dla niego zagrożeniem, powinieneś być bezpieczny. Nie szukaj zemsty.
   Dorożka się zatrzymała. Wyszliśmy i ujrzałam drewniany dom z małym gankiem. Prowadziły do niego, również drewniane, niewielkie schody. Wyglądał na stary, lecz zadbany.
   Misza chciał pójść do domu po pieniądze, by zapłacić dorożkarzowi, ale ubiegłam go tłumacząc, że i tak zamierzam jechać dalej dorożką.
   - Uważaj na siebie i nie wpadnij w kłopoty. I nie zapraszaj wampirów do domu, sami nie wejdą, jesteś tam bezpieczny.
   Mężczyzna posłał mi ponure spojrzenie swoich jasnozielonych oczu.
   - Mam po prostu zapomnieć o tym, co się tutaj stało?
   - Misza...
   - Och, nieważne. Dziękuję za ratunek. I... - Spojrzał na mnie z wahaniem. - Wspominałaś tam o Arinie Malkov?
   - Tak, znasz ją?
   - Owszem, o ile chodzi ci o dwunastoletnią dziewczynkę.
   - Dziewczynkę? - zdziwiłam się. - Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, ile ma lat. Wiem tylko, jak się nazywa i że mam jej to oddać. - Pokazałam mu naszyjnik. Przyglądał mu się przez chwilę.
   - Chyba widziałem coś takiego na jej szyi. Arina jest córką służącej jednego z moich znajomych. Jakiś czas temu jej dom oraz kilka innych zaatakowali bandyci, cudem ocalała.
   - Wiesz, gdzie teraz mieszka?
   - Tak, u mojego znajomego, jako że jej matka tam pracowała, chyba ją przygarnął. - Podał mi adres.
   - Dziękuję ci. - Uścisnęłam go lekko. Przez chwilę obawiałam się, że się odsunie, ale tego nie zrobił. Zamiast tego skinął głową i po prostu ruszył w stronę drzwi.
   Wróciłam do dorożki. Ulicę dalej zapłaciłam woźnicy i pobiegłam pieszo do domu.

   Pod podany adres wybrałam się następnego wieczoru, tuż po zachodzie słońca. Miałam nadzieję, że to nie przypadkowa zbieżność imienia i nazwiska. Jeśli Arina Malkov była tą dwunastoletnią dziewczynką, o której mówił mi Misza, będę mogła w końcu oddać jej naszyjnik.
   Zatrzymałam się przed dużym, jednopiętrowym domem. Ponieważ chodziło o córkę służącej, uznałam, że powinnam poszukać wejścia dla służby. Znalazłam je szybko, ponadto dostrzegłam również pokaźnej postury kobietę, wchodzącą do domu. Zawołałam za nią i zapytałam o Arinę. Spojrzała na mnie podejrzliwie.
   - A kto jej szuka i po co? - burknęła.
   - Nazywam się Amanda Derbyshire i chciałam jej coś oddać. - Pokazałam naszyjnik. Kobieta wzruszyła ramionami.
   - Nie wygląda na cenny. A małej sierotki już tutaj nie ma. Przypłynął po nią kuzyn i zabrał do rodziny w Ameryce.
   Spojrzałam kobiecie w oczy, by upewnić się, że mówi prawdę. Nie kłamała.
   - Kiedy? - spytałam tylko.
   - Wczoraj wypłynęli.
   - Dziękuję. - Więcej informacji nie potrzebowałam. Spóźniłam się. Ariny nie było już w Rosji.

   - A zatem chcesz popłynąć do Ameryki. - Ianira oparła się o Juana, który obejmował ją ramieniem. Pomyślałam, że powinni mieć portret. Wyglądali razem wspaniale, jakby od zawsze mieli być razem. Od zawsze i na zawsze. Piękna, rudowłosa Francuzka o ciepłych, jasnoniebieskich oczach i przystojny Hiszpan, którego oczy zawsze kojarzyły mi się ze szmaragdami.
   Uśmiechnęłam się i skinęłam głową.
   - Tak. Nie tylko dlatego, że akurat tam udała się Arina Malkov, a ja obiecałam oddać jej naszyjnik. Dość długo nie miałam żadnych wieści od Martina, Lily i Jahmesa. To trochę niepokojące. Dlatego najlepiej będzie, jeśli popłynę tam pierwszym statkiem i dowiem się wszystkiego.
   - Pierwszym statkiem? To chyba już niedługo? - zapytał Juan.
   - Byłam wczoraj w porcie. Udało mi się ustalić, że za dwa tygodnie wypływa statek do Danii, a stamtąd popłynę prosto do Ameryki.
   - Nie lepiej udać się do Danii drogą lądową? - zapytała Ianira. Pokręciłam głową.
   - Myślałam o tym, ale drogą lądową musiałabym przemierzyć kilka państw, a w każdym zatrzymywałabym się na dzień, być może musiałabym też zgłaszać się u wampirzych władców, zatem zajęłoby mi dużo więcej czasu, a dziewczynka już jest w drodze. Może i dla mnie czas nie jest takim wielkim problemem, ale dla ludzi owszem – dodałam. Był jeszcze jeden powód, o którym nie wspomniałam. Gowan. Miałam przeczucie, że podróżując lądem, natknęłabym się na niego, a wtedy... wystarczyło, że odnalazłby dla mnie Arinę Malkov, skontaktował się z moimi przyjaciółmi, a ja nie musiałabym nigdzie wypływać. Mogłabym z nim zostać. Ta myśl była wystarczająco kusząca, by wyeliminować wszelkie prawdopodobieństwo spotkania najstarszego wampira.
   - Dwa tygodnie to szybko. - Ianira spojrzała na mnie w zamyśleniu. - Z jednej strony miło byłoby zobaczyć ponownie naszych przyjaciół, ale... - Zerknęła na męża i popatrzyli sobie w oczy.
   - Tutaj jest nasz dom – dokończył Hiszpan. - A gdy odpłyniemy, kto wie, kiedy będziemy mogli wrócić i co się stanie w tym czasie.
   - Mam nadzieję, że wszystko u nich w porządku – dodała Ianira. - Pozdrów ich i zaproś do Rosji. Nasz dom zawsze będzie dla was otwarty.
   - Dziękuję. - Uścisnęłam przyjaciółkę. - Na pewno jeszcze nie jeden raz się spotkamy.
   - W to akurat nie wątpię, ja i Amanda stale na siebie wpadamy już od ponad pięciuset lat – dodał Juan, uśmiechając się szeroko. Musiałam przyznać mu rację.

   Następne dwa tygodnie minęły mi na przygotowaniach do podróży. Przez sto dwadzieścia dwa lata pobytu w Rosji zgromadziłam sporo rzeczy, musiałam także znaleźć odpowiednią skrzynię, w którą bym się zmieściła za dnia, a która nie wzbudziłaby podejrzeń. Nigdy nie wiadomo, kto wsiądzie na ten statek. Potrzebny był mi również żywy inwentarz na całą podróż, gdyż nie zamierzałam co kilka dni wyskakiwać za burtę i atakować rekiny czy inne większe ryby. O ile podróż do Danii nie była długa, o tyle do Ameryki mogła trwać ponad miesiąc.
   Pożegnałam się ze znajomymi, odmówiłam dwóm propozycjom towarzystwa w czasie podróży – Wołodii i Dymitra, a Bianca z Ianirą nawet urządziły małą uroczystość pożegnalną, co było bardzo miłe. Musiałam przyznać, że pobyt w Rosji był bardzo przyjemny, miałam tu przyjaciół i całkiem sporo znajomych. Mimo to, jakoś nie czułam oporów przed wypłynięciem w podróż. Coś pchało mnie dalej, w świat, może nawet nie konkretnie do Ameryki, ale z całą pewnością czas mojego pobytu w Imperium Rosyjskim właśnie dobiegał końca.

   W końcu nadszedł dzień podróży. Późnym wieczorem udałam się do portu w Sankt Petersburgu razem z Ianirą, Juanem, Jose i Biancą. Statek miał wypłynąć z samego rana, ale musiałam na niego wejść przed świtem. Kapitan, po otrzymaniu odpowiedniej zapłaty, nie robił żadnych problemów. Dostałam własną kajutę, zamykaną od środka, zapewniono mnie, że będę traktowana jak dama i nikt nie będzie mnie niepokoił. Trochę więcej problemu było ze zwierzętami, ale Juan przekonał kapitana, by ulokował je na statku i nie zadawał zbędnych pytań.
   Jakieś pół godziny przed świtem pożegnałam się z przyjaciółmi. Jose i Bianca uściskali mnie i życzyli spokojnej podróży oraz jak najszybszego dotarcia do celu.
   Potem uściskała mnie Ianira. Długo stałyśmy przytulone.
   - Uważaj na siebie, Amando. Uściskaj ode mnie Lily, Jahmesa, Martina, jego żonę i tego uroczego nietoperza, Atalefa. Stęskniłam się za nimi wszystkimi. Jeśli będą mogli, niech przypłyną do Rosji. Koniecznie. I pamiętaj, że ty też masz tu swój dom.
   - Przekażę im – obiecałam. - Dziękuję za serdeczne przyjęcie, za zaproszenie do swojego domu, za pomoc w wybudowaniu własnego i za wszystko, co dla mnie zrobiliście. A jeśli będziecie jednak chcieli wyjechać z Rosji, dajcie znać.
   - Oczywiście. - Uściskałyśmy się ponownie. Na koniec podszedł do mnie Juan.
   - Bezpiecznej podróży, cymofanowooka przyjaciółko – powiedział i mnie przytulił. - Pamiętaj, że jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebowała naszej pomocy, nie wahaj się prosić.
   - I wzajemnie. - Wtuliłam się w jego silne ramiona. - Jesteś moim najstarszym przyjacielem. Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że znalazłeś miłość swojego życia i jesteś szczęśliwy. Mam nadzieję, że już nigdy nikt nie będzie próbował was rozdzielić.
   - Nie pozwolę na to – odparł poważnie. - I założę się, że przy naszym ponownym spotkaniu będziesz już miała zupełnie inne nazwisko.
   - Całkiem możliwe – roześmiałam się.
   Po pożegnaniu weszłam na statek, a moi przyjaciele wrócili do domu. Spojrzałam po raz ostatni na Rosję, na ten wspaniały kraj, w którym spędziłam tyle lat i który opuszczałam, by szukać tajemniczej dwunastoletniej Ariny oraz ponownie spotkać moich przyjaciół.
   Właśnie miałam skryć się pod podkładem, gdyż do wschodu zostało może z kilkanaście minut, gdy usłyszałam, że ktoś mnie woła.
   - Amando!
   Obejrzałam się. Na brzegu stał Misza i rozglądał się z niepokojem. Był wyraźnie przestraszony.
   - Misza? Co ty tutaj... - urwałam, gdy mężczyzna ruszył w moją stronę. Zbyt szybko, jak na człowieka.
   - Amando, szukają mnie, jeśli mnie złapią...
   - Co ty wyprawiasz? - Rozejrzałam się z niepokojem, mając nadzieję, że nikt nie zwrócił uwagi na ten ruch. - Musisz biec jak człowiek, gdy jesteś wśród ludzi! Kto cię zmienił? I kto cię szuka?
   - Ten potwór i jego słudzy... Mój opiekun... nie żyje...
   - Czemu Cornelius cię szuka? Uspokój się – nakazałam, łapiąc go za ręce. Spojrzał na mnie i skinął głową.
   - Pomożesz mi, prawda?
   - Misza, co ty zrobiłeś?
   Rozejrzał się po porcie. Jednocześnie dostrzegliśmy dwa wampiry, kojarzyłam je z pałacu Cruela. Podjęłam decyzję.
   - Później mi wyjaśnisz. Prędko, pod pokład. - Popchnęłam go do wejścia, a gdy się ukrył, poszłam do kapitana, by opłacić podróż Miszy.
   - Nie mamy wolnej kajuty, poza tym nie mogę tak po prostu przyjmować pasażerów chwilę przed wypłynięciem...
   - To mój... kuzyn. Będzie spał w mojej kajucie. Proszę. - Podałam mu sakiewkę z pieniędzmi. Dużo więcej, niż kosztował mój rejs. Na szczęście miałam przy sobie sporo oszczędności. Kapitan zerknął na kwotę, potem na mnie i w końcu skinął głową.
   - Niech będzie. Ale w razie problemów wyrzucę go za burtę.
   - Nie będzie sprawiał problemów – zapewniłam i pospiesznie skryłam się pod pokładem. Przelotnie zerknęłam jeszcze na brzeg, ale wampirów już nie było. Zapewne jutro wznowią poszukiwania. Dziś musieli, podobnie jak ja, ukryć się przed słońcem.
   Misza czekał na mnie tam, gdzie go zostawiłam. Wzięłam go za rękę i zaprowadziłam do swojej kajuty. Dopiero gdy zabezpieczyłam drzwi, obejrzałam się na niego i założyłam ręce na piersi. Byłam już senna, on wyraźnie też, ale jedno musieliśmy wyjaśnić.
   - Misza, czemu Cruel wysłał swoich ludzi, by ścigali cię do samego rana? Coś ty zrobił?
   Wampir westchnął i spojrzał na mnie niepewnie.
   - Ja... zabiłem Raisę.

Koniec części XI